Czytam

Opowieść podręcznej, Margaret Atwood

Nolite te bastardes carborundorum.

A doszło do tego, kiedy zawiesili konstytucję. Powiedzieli, że to czasowe.

Od pierwszego zdania byłam smutna. Nie wkurzona, nie oburzona; ale też nie pocieszona, że ktoś dokonał trafnych obserwacji. I nie zadowolona, że oto znalazła się lektura na trudne czasy. Po prostu smutna. A smutek to emocja przewrotna. Chłodna. Smutek jest cichy, bezwładny. Dopada cię i przesiąka powoli do każdej komórki w tobie i każdej rzeczy dokoła ciebie.

Ale czemu właściwie tak działa na mnie ta książka, skoro jest przecież zbyt abstrakcyjna, zbyt fantastyczna, by móc pomyśleć, że prezentuje scenariusz choćby w 1% możliwy? Przecież nigdy nie będzie aż tak źle, prawda? Ta całkowita kontrola, te kasty, ten system… To nigdy nie powstanie.

Ale może nie musi, bo ostatecznie chodzi o coś innego. O bezwład. O strach. O pogodzenie się z losem. Na tym polega wielkość fantastyki, że nie mówi tak naprawdę o przyszłości – a o teraźniejszości. Atwood prezentuje więc świat o bardzo wyostrzonych granicach, zniszczony wojnami i klęskami ekologicznymi, z bezdusznym systemem, z którego nie ma ucieczki. Wszystko jest tu wyolbrzymione – podział ról społecznych według płci, całkowita kontrola urodzeń, całkowity zakaz aborcji i homoseksualizmu, wszechobecność religii, demonizowanie seksualności, wzajemne pilnowanie się i donoszenie.

Jednocześnie najbardziej bolą drobiazgi. Najbardziej przejmujące wcale nie są te sceny, które odkrywają okrucieństwo i hipokryzję świata Gileadu. Najmocniej oddziałały na mnie te fragmenty, w których główna bohaterka opowiada o przeszłości. O powolnie wprowadzanych zmianach. O obojętności wobec władzy odbierającej po kawałku wolność. I w końcu – o niezrozumieniu. Jest taka scena, w której Łukasz, mąż głównej bohaterki, pociesza ją, że wszystko będzie dobrze. Ona właśnie straciła pracę, dostęp do wszystkich samodzielnie zarobionych pieniędzy i prawo do decydowania o sobie. Jak wszystkie kobiety, właśnie dlatego, że są kobietami. A Łukasz mówi, że się nią zaopiekuje i że przecież on, jako teraz jej prawny opiekun ma dostęp do tych pieniędzy. I bohaterka zdaje sobie sprawę, że choć przecież się kochają, że przecież on chce dobrze i  jest przeciwko systemowi, to jednak już zaczyna nią rządzić, w pewien sposób się w ten system wpisując. Nie rozumie tak naprawdę, na czym polega wolność. Dlatego niedługo stracą też prawo do bycia rodziną.

I dlatego tak mi smutno. Bo nie trzeba budować Gileadu. On siedzi w naszych głowach i nawet o tym nie wiemy.

Reklamy

1 thought on “Opowieść podręcznej, Margaret Atwood”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s