Automatyczne podlewaczki – przydatne nie tylko na wyjazd

Od samego początku nie radziłam sobie z podlewaniem – a to przelewałam pomidory, wywołując plagę ziemiórek, a to roślinki zostawione na słońcu w przesuszonej zbytnio ziemi więdły. Nie umiałam znaleźć złotego środka. Jeszcze większym wyzwaniem okazał się wakacyjny wyjazd – wbiłam w ziemię butelki z wodą, co na trochę starczyło, ale woda wypływała zbyt szybko, by pomidory wytrzymały dziewięć słonecznych, pozbawionych deszczu dni… (Co prawda liście uschły, ale owoce się utrzymały. Po ponownym podlaniu uprawa trochę odżyła, ale pomidory nabrały kwaśnego smaku.)

Ceramiczna podlewaczka

Na szczęście znalazłam idealne rozwiązanie obu problemów – automatyczne podlewaczki do roślin doniczkowych. Słowo „automatyczne” jest tu trochę na wyrost, bo daleko im do skomplikowanego systemu podlewania z wężykami, pojemnikami, zraszaczami i dozownikami. To rozwiązanie znacznie prostsze. Podlewaczka zbudowana jest z gumowej nakładki na szyjkę butelki po wodzie mineralnej oraz ceramicznego lejka.

W 2015 roku kupiłam sześć podlewaczek od firmy Blumat, płacąc za nie razem z przesyłką prawie siedemdziesiąt złotych. Rok później dokupiłam kolejne sześć za nawet trochę więcej, ale urządzenie jest warte swojej ceny. Materiały są wysokiej jakości, nie stwierdziłam żadnych uszkodzeń ani zmęczenia materiału, wszystko działa prawidłowo i łatwo się czyści.

zdjęcie-7

Stosowanie podlewaczki

No dobrze, ale jak to cudo właściwie działa? Podlewaczkę nakłada się na dowolną butelkę, ja korzystałam najpierw z 0,75 l, potem z 1,5 l, by na dłużej starczyły. Należy pamiętać o wycięciu otworu w dnie (albo po odwróceniu – w górze ;) ) butelki. Po pierwsze dlatego, by ciśnienie nie uniemożliwiało wypływania wody, a po drugie, by móc łatwo uzupełniać wodę bez potrzeby wyciągania całości z ziemi za każdym razem. Podlewaczkę wbijamy najgłębiej jak się da, dodatkowo przywiązując butelkę do palika lub drabinki, żeby całość była stabilna i nie przewróciła się na roślinę. Niektóre butelki mają „żłobiony” wzór lub wcięcia, w które idealnie wchodzi sznurek.

Niektórzy obcinają całą górę, ale ja wolę niewielki otwór, bo dzięki temu parująca woda nie „ucieka” w powietrze, lecz osadza się na ściankach butelki, skrapla i spływa z powrotem.

butelka

Ceramiczny stożek ma pory, poprzez które stopniowo uwalniana jest woda, według instrukcji w tempie 0,2 l dziennie, ale to oczywiście zależy od potrzeb roślin i nasycenia gleby wodą. Ja używałam butelki 1,5 l w doniczce plastikowej o średnicy 26 cm i pojemności 6 l, w której posadzony był jeden krzaczek pomidora koktajlowego, cztery rzodkiewki i szczypiorek. Ważna jest też używana gleba – w przypadku zwykłej, wody starczyło na kilka dni, a gdy użyłam mieszanki z wermikulitem i jajkiem oraz oczywiście warstwą keramzytu (o przygotowywaniu ziemi dla pomidorów będzie w innej notce!) – uzupełniałam zapas wody tylko raz w tygodniu!

IMG_1537

Zalety

Całość niewątpliwie sprawdza się lepiej niż po prostu butelka z wąskim ujściem (używałam takiej po napojach dla sportowców) i choć można zrobić sobie domowej roboty podlewaczkę, wolałam nie ryzykować i po prostu kupić coś sprawdzonego oraz porządnego. Tak przygotowaną uprawę można spokojnie zostawić samemu na tydzień, by pojechać na wakacje – choć podkreślam, że kluczem do sukcesu jest nie tylko podlewaczka, ale też użyta doniczka i gleba. Dobrze jest trochę pokombinować i znaleźć najlepszy wariant, zapewniający najmniejsze zużycie wody. Moje roślinki poradziły sobie dobrze, po powrocie nie znalazłam żadnych dowodów na więdnięcie czy inne problemy.

Podlewaczka idealnie nadaje się nie tylko na czas wyjazdu, ale też na co dzień. Nie trzeba każdego ranka lecieć na balkon z konewką, a w upalne dni – także po południu, by mieć pewność, że rośliny nie umierają z pragnienia. Zwłaszcza że pomidory bardzo szybko odnalazły nowe źródło wody i przyssały się korzeniami do ceramicznego lejka, same popijając sobie z niego tyle, ile im potrzeba. W tym sensie rośliny w zasadzie same kontrolują napływ wody. Ciężko się nie zgodzić, że to wygodne, gdy uprawa przejmuje część obowiązków człowieka ;)

zdjęcie-4

Tak wygląda wir korzeni po wyjęciu podlewaczki.

Ziemia rzadko była zbyt wilgotna (no chyba, że często pada, ale na to wiele nie można poradzić), dzięki czemu uniknęłam ziemiórek, grzyba czy innych chorób wynikających z przelania. Rośliny znacznie lepiej zniosły też w upały, bo nawet jeśli ziemia ulegała przesuszeniu, korzenie ciągnęły wodę prosto z lejka.

Wady

Największą jest chyba niezbyt estetyczny wygląd. Sama podlewaczka jest w sumie całkiem ładna, ale pod ziemią i tak jej nie widać, na powierzchnię wystaje natomiast butelka. Osobiście niewiele mi to przeszkadza, wybieram mimo wszystko wartość praktyczną nad piękno.

Problemem jest też miejsce. Butelka trochę go zajmuje, więc rosnący krzaczek będzie na nią napierał gałązkami. Dobrze jest tego pilnować i stosownie przycinać lub przesuwać, by nic się nie połamało, a owoce miały gdzie rosnąć.

Znalazłam też w internecie informację, że biohumus lub inny płynny nawóz również można zaaplikować do butelki i wydostanie się on przez ceramiczny lejek. Jakoś jednak temu rozwiązaniu nie ufam, bo część nawozu pozostaje w butelce i powoduje rozwijanie się zielonego nalotu. Pleśń? Nie do końca wiem, co to właściwie jest, ale wolę nie ryzykować i do butelki wlewam wyłącznie czystą wodę, a biohumusem podlewam ekstra po powierzchni. Można to zrobić np. dzień przed uzupełnieniem zapasu wody, gdy wiadomo, że z butelki już niewiele wypłynie.

Czyszczenie

Podlewaczki myję w zasadzie tylko raz – na koniec sezonu, gdy już nie będą dłużej potrzebne. W zimie ich nie używam, bo nie mam do czego, poza tym prawdopodobnie woda by w nich zamarzała. Myję je pod bieżącą wodą płynem do mycia naczyń, szorując szczotką lub gąbką, by zmyć wszelkie resztki ziemi i korzeni. Można też użyć mydła ogrodniczego, jeśli takie się ma. Następnie ceramiczną część polewam wrzątkiem – uważam, żeby nie lać po gumie ani się nie poparzyć! Potem chowam podlewaczki do szuflady, gdzie czekają do przyszłego roku. :) Cały proces jest szybki i łatwy.

Oczywiście jeśli pojawi się taka potrzeba, można je też umyć w trakcie sezonu. Możliwe, że w wodzie coś się zalęgnie albo przez otwór u góry do środka wpadną jakieś śmieci czy liście. Należy uważać przy wyjmowaniu ich z ziemi, by nie uszkodzić owiniętych wokół lejka korzeni! A także by nie wyciągnąć samej butelki, bo wtedy reszta znajdującej się w niej wody  zaleje całą doniczkę i okolicę. Po wyczyszczeniu/wymienieniu butelki całość należy włożyć w to samo miejsce, ponownie uważając na korzenie i zabezpieczając całość, by luźno nie latała.

Podsumowanie

Na pewno polecam chociaż wypróbowanie podlewaczki – czynią one zarządzanie wodą zdecydowanie łatwiejszym, umożliwiają pozostawienie roślin samym sobie na jakiś czas, zmniejszają ryzyko pojawienia się niektórych szkodników oraz chorób. Jestem bardzo zadowolona z ich działania i na pewno będę ich używać w kolejnych latach.

Reklamy

3 myśli na temat “Automatyczne podlewaczki – przydatne nie tylko na wyjazd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.